poniedziałek , 24 Wrzesień 2018
Home » Aktualności » Jak się czuł Jezus na krzyżu?

Jak się czuł Jezus na krzyżu?

jezus_na_krzyżuZanim będziemy mogli zasiąść do wielkanocnego świętowania Zmartwychwstania Pańskiego i śpiewać głośne Alleluja, Jezus Chrystus został pojmany, przeszedł drogę krzyżową, po czym został ukrzyżowany i zmarł. Jak się umiera na krzyżu – co czuł Jezus Chrystus? Ukrzyżowanie było jednym z najbardziej popularnych rodzajów kar śmierci w starożytności. Przy tym była to kara najbardziej hańbiąca. Sam mistrz retoryki Cyceron pisał: ,,Pozbawić wolności obywatela rzymskiego jest zniewagą, biczować go ciężką winą, zabić nieomal samobójstwem, ale go ukrzyżować… jakże to nazwę? Męki, jakich doświadczał ukrzyżowany, były niewyobrażalne, zwłaszcza, że przed samą egzekucją rozpowszechnione było biczowanie skazańców i innego rodzaju tortury, a w dodatku osoba skazana sama musiała dotrzeć na miejsce kaźni, niosąc krzyż lub jego część (poziomą belkę). Przyjrzyjmy się bliżej kolejnym stadiom agonii na krzyżu. Uprzedzamy jednak, że niniejszy materiał przeznaczony jest dla ludzi o mocnych nerwach. W związku z powyższym, tym którzy nie czują się na siłach po prostu dla ich dobra dziękujemy.

Jaki krzyż?

Rodzaj narzędzia kaźni miał znaczący wpływ na czas i intensywność mąk. W tradycji chrześcijańskiej utrwalił się wizerunek krzyża, który Jezus wniósł na Golgotę i na którym został ukrzyżowany. Bardziej prawdopodobne jest jednak to, że niósł jedynie poziomą belkę – praktyka taka była bardziej rozpowszechniona. Skazanego rozpinano na niej i następnie wciągano na pionowy słup, który stał już na miejscu kaźni wbity w ziemię. Innym rodzajem krzyża były pionowe pale, do których przytwierdzano skazańców. Jakie to ma znaczenie? W zależności od rodzaju krzyża agonia mogła trwać od kilkunastu minut do kilku dni. Najszybciej śmierć przychodziła w przypadku zastosowania pionowych pali tak, by ofiara miała obie ręce skierowane ku górze. My będziemy analizować krzyż tradycyjny złożony z dwóch części, na którym skazaniec umierał w męczarniach wiele godzin, a nawet dób.

Gwoździe

Co prawda, istniała również praktyka przywiązywania ofiar do krzyża za pomocą sznurów, jednak gwoździe dodawały cierpień, a co za tym idzie czyniły karę ukrzyżowania okrutniejszą. Gwoździami przybijano ręce i nogi, przy czym w przypadku rąk gwoździe wbijano między kości nadgarstka, gruchocząc je, rozrywając mięśnie, a także często przeszywając główny nerw. Stopy układano jedna na drugiej i przybijano jednym, specjalnie dłuższym gwoździem niekoniecznie w naturalnej pozycji. Postać z Całunu Turyńskiego ma zwichniętą jedną stopę. By zapewnić solidność konstrukcji między gwoździe a ciało czasami wkładano małą deseczkę.

Tak czy owak, dłonie i stopy należą do najbardziej unerwionych części ciała i ból związany z ich przebiciem sprawiał, że skazaniec mógł tracić przytomność. Ponadto cały ciężar ciała spoczywał właśnie na przebitych kończynach  każde poruszenie dodatkowo potęgowało nieznośny ból.

Walka o powietrze

Największe męczarnie zaczynały się jednak w momencie ustawienia krzyża, skazany rozpoczynał kilkugodzinne staczanie się ku śmierci. W związku z układem ciała na krzyżu, by móc oddychać, należy przy każdym wdechu podciągnąć się. Nie zapominajmy, że skazaniec robił to na przybitych rękach i nogach, a więc walka o powietrze wiązała się z dodatkowym bólem. W wyniku odniesionych ran i utraty krwi ofiara miała coraz mniej sił, by się podciągać i oddychała coraz rzadziej i płycej. Po prostu się dusiła.

Wstrząsająco opisuje ten proces włoska mistyczka Maria Valtorta w swoim dziele pt. ,,Poemat Boga-Człowieka”: ,,Przekrwienie i duszenie wzrasta z minuty na minutę. Wskazuje na to siny kolor, podkreślający wargi rozpalone różem przez gorączkę i czerwono-fioletowe naprężenia, które malują szyję wzdłuż napuchniętych żył”.

Z powodu bólu i wysiłku ofiara mdlała, co przybliżało ją ku śmierci, przypuszcza się, że bezpośrednią przyczyną części zgonów na krzyżu była tzw. zapaść ortostatyczna czyli omdlenie spowodowane nagromadzeniem się krwi w dolnych częściach ciała. Jednak najczęściej, skazany umierał z powodu braku tlenu, nie mając siły na dalsze podciąganie się.

Mordercze słońce

Czynnikiem potęgującym męczarnie były bez wątpienia również warunki atmosferyczne ? nieprzypadkowo krzyżowano na wzgórzach lub innych miejscach wystawionych na intensywne promieniowanie słoneczne. Kilkugodzinna ekspozycja na słońce powodowała u ofiary udar słoneczny, a wcześniejszy wysiłek i wysoka temperatura odwodnienie. Jeśli na krzyżu była zamontowana specjalna podpórka na nogi , co umożliwiało ofierze dość swobodne oddychanie to właśnie słońce, temperatura i zakażenie ran doprowadzały go do śmierci. Czasami dopiero po kilku dniach.

Ostatnie stadium

Oddajmy głos ponownie wspomnianej włoskiej mistyczce, która następująco opisała śmierć Jezusa: ,,Ciało doświadcza pierwszych wygięć tężcowych, a każdy wrzask tłumu jeszcze je pogłębia. Zamieranie włókien mięśni i nerwów rozszerza się od umęczonych kończyn do tułowia, coraz bardziej utrudniając oddychanie, osłabiając ruchy przepony i czyniąc nierównomiernym uderzenia serca. Barwa twarzy Chrystusa przechodzi kolejno od intensywnie czerwonej do bladozielonej, jak u człowieka umierającego od utraty krwi. Usta poruszają się z coraz większym trudem, bo nadwerężone nerwy i mięśnie szyi oraz samej głowy które dziesiątki razy służyły jako dźwignia dla całego ciała, opierając się na poprzecznej belce krzyża rozszerzają skurcz aż do szczęki.

Gardło, nabrzmiałe z powodu zatkanych tętnic szyjnych, musi boleć i rozszerzać obrzęk aż do języka.  Kręgosłup, nawet wtedy gdy skurcze tężcowe nie wyginają go w całkowity łuk od karku do bioder, opartych jako najwyższe punkty o trzon krzyża, wygina się coraz bardziej do przodu, bo członki stają się coraz cięższe, jak w martwym ciele”.

Śmierć

Jeśli ofiara nie udusiła się wskutek zapaści ortostatycznej, to mimo oszołomienia bólem, utraty krwi, niedoboru tlenu i wyczerpania wynikającym z męczarni umierała w pełni świadomie.

Wizja Marii Valtorty zawiera wstrząsająco plastyczne i wręcz anatomiczne przedstawienie ostatnich chwil życia Ukrzyżowanego. A potem ostatnia konwulsja Jezusa, konwulsja straszna. Wydaje się, że chce zerwać z drzewa ciało, które jest do niego przytwierdzone trzema gwoździami. Przebiega trzy razy od stóp do głowy, ogarnia wszystkie biedne udręczone nerwy, podnosi niezwyczajnie trzy razy brzuch. Powiększa się on, jakby wywróciły się w nim wnętrzności, a potem obniża się i zapada, jakby był pusty. [Konwulsja] podnosi, napina, [a potem] tak mocno ściska klatkę piersiową, że skóra zapada się między żebra.

Te, naprężone, pokazują się spod skóry i otwierają na nowo rany po biczowaniu. Jezus odrzuca gwałtownie w tył głowę, jeden, dwa, trzy razy, uderzając nią mocno o drzewo. Zaciskają się w jednym skurczu wszystkie mięśnie twarzy, wywołując wykrzywienie ust na prawo. Otwierają się, rozszerzają i powiększają powieki, pod którymi widać krążące gałki oczne i ukazuje się twardówka. Całe ciało napręża się.

W ostatnim z trzech skurczów jest ono wygiętym, drgającym łukiem, na który trudno patrzeć bez przerażenia. Następuje śmierć, która jednocześnie jest końcem życia i męczarni.    Redakcja

 Źródło: wp.pl